Wysta­wa gale­rii PHOTOZONA Dol­no­ślą­skie­go Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OkiS
Do przy­tu­le­nia autor­stwa Marii Downa­ro­wicz

Kura­tor wysta­wy: Aga­ta Szu­ba
Gale­ria PHOTOZONA,
Dol­no­ślą­skie Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OKiS
Rynek-Ratusz 24 / PARTER

Ucieczka z fotografii w kobierzec

O tak! To jest ten punkt pod­par­cia. Archi­me­des go szu­kał, by poru­szyć bry­łę Zie­mi. Nie zna­lazł, bo jako mate­ma­tyk nie mógł wziąć pod uwa­gę uczu­cia, wiel­ko­ści aktyw­nej w świe­cie fizycz­nym, ale fizycz­nie nie­mie­rzal­nej, jako opo­ki mecha­nicz­nych eks­pe­ry­men­tów o kosmicz­nym wymia­rze. Ale prze­cież. Ale prze­cież gdy­by los dziec­ka od tego zale­żał, to na macie­rzyń­stwie moż­na by oprzeć dźwi­gnię, któ­ra bez waha­nia pod­nio­sła­by Zie­mię. O tak! Bez waha­nia.

Na szczę­ście jed­nak nie musi­my tego czy­nić, bo los wszyst­kich dzie­ci – i wie­dzą o tym wszyst­kie mat­ki – zale­ży od tego, by Zie­mia spo­czy­wa­ła w swych orbi­tal­nych wirach nie­wzru­szo­na. Pędząc w czar­nej pust­ce po falach, jak to się sta­ro­mod­nie mówi­ło, ete­ru, powin­na być sta­tecz­na na swym gra­wi­ta­cyj­nym łożu. A więc jest sta­tecz­na. Cho­ciaż mito­lo­gie notu­ją kata­stro­fy, to wstrzą­sy, a nawet poża­ry nie­bo­skło­nu, nie są w sta­nie zde­pra­wo­wać ziem­skiej dro­gi. Pew­na jest w tym wiro­wa­niu po elip­sie. I jest w tym tań­cu świe­tli­sta. O tak!

Foto­gra­fie z orbi­ty oko­ło­ziem­skiej nie­wie­le mówią o tej świe­tli­sto­ści. Jeże­li sami z jakie­goś powo­du nie patrzy­li­ście jesz­cze na Zie­mię z odda­li, na przy­kład z Księ­ży­ca, to nie zoba­czy­cie tego błę­ki­tu na foto­gra­fii. Tak, jest wpraw­dzie na foto­gra­fii pięk­no, któ­re was poru­sza, ale to jest jedy­nie nie­wiel­ki uła­mek tego błę­ki­tu, któ­ry możesz ujrzeć tyl­ko wte­dy, gdy tam jesteś i widzisz stam­tąd błę­kit­ną pla­ne­tę.

Ten błę­kit jest uczu­ciem tego, kto bie­rze ją jak hostię w ręce, taką małą, wiru­ją­cą. I tego żad­na pale­ta barw nie odda, bo ten kolor ma tyl­ko ist­nie­nie w uczest­nic­twie. Więc dla­cze­go szu­kasz go na foto­gra­fii? Na niej nie ma tego błę­ki­tu i być nie może. Ten kolor jest bowiem kolo­rem współ­ist­nie­nia, więc nie moż­na go ujrzeć w żad­nym tech­ni­co­lo­rze.

Powiem wam jed­nak w tajem­ni­cy, gdzie tę świe­tli­stość moż­na by zoba­czyć, gdy­by­ście z jakie­goś powo­du nie byli jesz­cze na Księ­ży­cu i sami nie patrzy­li na Zie­mię z odda­li. Powiem wam, choć trud­no w to uwie­rzyć, bo nie wszyst­kie prze­cież mają nie­bie­skie oczy, ale kolor oczu nie jest istot­ny, cho­dzi o blask. Trud­no w to uwie­rzyć tak­że dla­te­go, bo tak bru­tal­nie ocie­ra się to o banał i trze­ba sub­tel­ne­go umy­słu, żeby odrzu­ca­jąc to, co wyda­je się try­wial­ne, żeby pod miliar­dy razy odgry­wa­nym miste­rium zoba­czyć tę świe­tli­stość, o któ­rej tu mówi­my, w oczach szczę­śli­wej mat­ki. Tak, w nich możesz ujrzeć świa­tło Zie­mi.

W oczach mat­ki zawsze zachwy­co­nej cudem naro­dzin. Mat­ki uwię­zio­nej w zachwy­cie. Mat­ki, któ­ra chcia­ła­by, żeby jej zachwyt podzie­la­li tak­że inni: czyż nie jest pięk­ne moje dziec­ko? – woła­ją wszyst­kie mat­ki na całym świe­cie. Widzi­cie to, co ja widzę? – dopy­tu­ją się, tro­chę jed­nak nie­pew­ne.

Zachwyt nad pięk­nem dziec­ka prze­peł­nia je tak bar­dzo, że na chwi­lę zapo­mi­na­ją o swo­ich obo­wiąz­kach i poszu­ku­ją nie tyl­ko podzi­wu u innych, ale nawet sta­ra­ją się uwiecz­nić to, co je zachwy­ca. Sta­ra­ją się uwiecz­nić swój zachwyt. I co? Naj­czę­ściej robią zdję­cia swo­im dzie­ciom.

Och, zdję­cia dzie­ci poka­zy­wa­ne wszyst­kim naoko­ło z natar­czy­wym i nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu żąda­niem potwier­dze­nia, że tak, że jest pięk­ne dziec­ko, naj­pięk­niej­sze. Wszy­scy więc potwier­dza­ją, a jeśli czy­nią to nie­wy­raź­nie, nie­śmia­ło, iro­nicz­nie czy wręcz ze skry­wa­nym obrzy­dze­niem, przy­mu­sza­ni są kuk­sań­ca­mi do entu­zja­zmu. Jakie pięk­ne! – woła­ją z obłud­nym szy­der­stwem.

Fakt, że na zdję­ciach są jakieś bacho­ry, jest na ogół dla matek zakry­ty, ponie­waż trwa w nich pamięć tam­tej chwi­li zachwy­ce­nia, któ­re zmu­si­ło je do zro­bie­nia foto­gra­fii. Ale na foto­gra­fiach tego nie ma. Nawet jeśli dziec­ko jest pięk­ne, co się prze­cież zda­rza, nawet jeśli dziec­ko uchwy­co­ne jest w wyjąt­ko­wo uro­czej pozie, co się tak­że zda­rza, i nawet jeśli foto­gra­fia jest rze­mieśl­ni­czo czy wręcz arty­stycz­nie zna­ko­mi­ta – to prze­cież nadal na foto­gra­fii tego nie ma. Zachwy­ce­nia.

Zachwy­ce­nia nie ma na zdję­ciu. Zosta­ło z nie­go zdję­te. Nawet przez mgnie­nie oka nie było go w obiek­ty­wie kame­ry. Apa­ra­ty foto­gra­ficz­ne nie mają na wypo­sa­że­niu subiek­ty­wów. Nie moż­na zatem sfo­to­gra­fo­wać wię­zi mat­ki z dziec­kiem, a ona jest sub­stan­cją zachwy­tu. Nie cho­dzi o uro­dę, cho­dzi o nie­wi­docz­ną dla obiek­ty­wu więź. W podob­ny spo­sób naj­pięk­niej­sze nawet foto­gra­fie Zie­mi nie mówią nic o jej błę­ki­cie, bo jest on kolo­rem współ­ist­nie­nia i nie moż­na go żad­nym kunsz­tem wybrać z pale­ty.

No dobrze, widzę, że się upie­ra­cie i bro­ni­cie tezy, że prze­cież moż­li­we, bo prze­cież są takie, że prze­cież moż­li­we są foto­gra­fie mat­ki z dziec­kiem, na któ­rych widać zachwyt. Ale ileż go widać? Led­wie rąbek. A gdzie jest na tej zna­ko­mi­tej hipo­te­tycz­nej foto­gra­fii bez­tro­ska ufność dziec­ka, któ­re poru­sza się wpraw­dzie nie­zdar­nie, ale poru­sza się w świe­cie, w całym świe­cie i w całym świe­cie, w koleb­ce kosmo­su, pod Dro­gą Mlecz­ną mat­czy­nej pier­si zasy­pia? Na tej świet­nej foto­gra­fii tego nie ma. Mat­ka może tego wszyst­kie­go nie wie­dzieć, ale ona jest całym świa­tem i jest jako cały świat mię­dzy galak­ty­ki unie­sio­na. Czy to nie zachwy­ca­ją­ce? Mat­ki mają ten wspa­nia­ły przy­wi­lej bycia całym świa­tem, świa­tłem. Tego nie ma na foto­gra­fii.

Maria Downa­ro­wicz, mat­ka dwóch córek, prze­ślicz­nych; arty­sta foto­gra­fik. Kto mógł­by bole­śniej zde­rzyć się z defi­cy­tem foto­gra­fii, z jej nega­tyw­no­ścią, z nega­tyw­no­ścią obiek­ty­wu? Matu­ral­ny dra­mat każ­de­go od tego momen­tu doj­rza­łe­go arty­sty zaczy­na się od uświa­do­mie­nia sobie bez­względ­nej nie­wy­star­czal­no­ści upra­wia­nej sztu­ki. Roz­pacz z powo­du tego fun­da­men­tal­ne­go defi­cy­tu czę­sto u naj­zdol­niej­szych powo­du­je cięż­ką depre­sję. Ale Downa­ro­wicz nie ma cza­su na ham­le­ty­zo­wa­nie, jest mat­ką. Jej nie­speł­nio­na foto­gra­ficz­nie potrze­ba uwiecz­nie­nia zachwy­tu bycia mat­ką nie zwię­dła w stwier­dze­niu, że nie moż­na, że się nie da.

Jajo sil­nej eks­pre­sji musi być znie­sio­ne. Więc przy­par­ta potrze­bą egzal­ta­cji wybie­gła Maria po pro­stu z błęd­ne­go koła foto­gra­fii w koło­wro­tek przę­dze­nia, w szwac­two. Uwiecz­nia swój zachwyt w two­rze­niu kobier­ca z nie­zli­czo­nej ilo­ści róż­nych kawał­ków tka­nin. Są w tym kobier­cu, w tej łacie­rzy­nie, wszyst­kie wzo­ry, wszyst­kie bar­wy, wszyst­kie splo­ty, wszyst­kie mate­rie, przede wszyst­kim zaś foto­gra­fie śpią­cych dzie­ci wydru­ko­wa­ne na tka­ni­nie. Ten kobie­rzec może być-jest łąką dla dzie­ci albo nie­bo­skło­nem, gdy są nim przy­kry­te. Po pro­stu świa­tem. Dzie­ci są w nim obec­ne w dwóch pla­nach, w sztucz­nym pla­nie nie­usta­ją­ce­go doku­men­to­wa­nia, uwiecz­nia­nia zachwy­tu, bo są wpi­sa­ne, wdru­ko­wa­ne w kobie­rzec będą­cy w nie­ustan­nym i wie­lo­ra­kim uży­ciu, i w pla­nie na wpół rze­czy­wi­stym, gdy kobie­rzec jest świa­tem-sce­no­gra­fią dla rze­czy­wi­stych dzie­ci. Oba pla­ny się prze­ni­ka­ją i nawza­jem reflek­tu­ją.

Pra­ca nad kobier­cem była ogrom­na. Dro­bia­zgo­wa w uciąż­li­wym i nie­zmor­do­wa­nym jed­no­cze­śnie dąże­niu do cało­ści. Wyko­ny­wa­na była w per­spek­ty­wie wiecz­no­ści, co pod­kre­śla udział w tych pra­cach nad kobier­cem mat­ki autor­ki. Nie­obec­ność bab­ki, pra­bab­ki, pra­pra­bab­ki itd. w tym dzie­le była cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­wa i uspra­wie­dli­wio­na śmier­cią więk­szo­ści z nich. Waż­na jest per­spek­ty­wa poko­leń matek, któ­re tka­ją kobie­rzec dla swych dzie­ci i w tym tka­niu nie usta­ją. Nie usta­ją mat­ki w zachwy­cie i unie­sie­niu, te prząd­ki, moj­ry, pra­co­wi­cie tka­ją­ce losy dzie­cię­cia. Nie usta­ją.

Andrzej Więc­kow­ski