Wysta­wa gale­rii PHOTOZONA Dol­no­ślą­skie­go Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OkiS
Porad­nik dobre­go wyglą­du autor­stwa Mał­go­rza­ty Ama­ro­wicz

Kura­tor wysta­wy: Aga­ta Szu­ba
Gale­ria PHOTOZONA,
Dol­no­ślą­skie Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OKiS
Rynek-Ratusz 24 / PARTER

 

 

 

 

Jak sobie radzić z poradnikiem

Nie jest moż­li­we okre­ślić, któ­ry prze­mysł jest potęż­niej­szy: zbro­je­nio­wy czy uro­dy. Z całą pew­no­ścią jed­nak prze­mysł uro­dy jest bar­dziej bez­względ­ny. Pacy­fi­ści potra­fią do pew­ne­go stop­nia ogra­ni­czyć wyścig zbro­jeń, a szpie­dzy dba­ją o wyrów­na­nie pozio­mów tech­no­lo­gicz­nych. Zacie­kłość w dąże­niu do uro­dy jest nato­miast nie­usta­ją­ca i obej­mu­je wszyst­kie dzie­dzi­ny życia.

Okrut­ny nakaz dąże­nia do pięk­na jest fun­da­men­tal­ny. Teo­ria ewo­lu­cji umiesz­cza go na pozio­mie natu­ral­ne­go dobo­ru. Mówi­my: dobór, a prze­cież jego isto­tą jest bez­względ­na eli­mi­na­cja. Zapo­mi­na­my, że triumf wybo­ru jest tra­gi­zmem odrzu­ce­nia. Z tego wła­śnie powo­du uro­da, głów­na broń natu­ral­ne­go dobo­ru, jest orę­żem total­nym – zdo­by­wa i nisz­czy wybie­ra­jąc-pomi­ja­jąc, a stra­te­gia ta doty­czy spra­wy naj­bar­dziej zasad­ni­czej: uczest­nic­twa w gatun­ku. Mamy do czy­nie­nia wedle nauki z zasa­dą tkwią­cą w natu­rze. Teo­ria orto­ge­ne­zy zakła­da, że orga­ni­zmy żywe mają wewnętrz­ny pęd ku roz­wo­jo­wi do coraz dosko­nal­szych, czy­li coraz bar­dziej uro­dzi­wych form. Jest wie­le powo­dów, by podej­rze­wać, że zasa­da ta jest bar­dziej powszech­na i obej­mu­je nie tyl­ko orga­ni­zmy żywe. Omnia natu­ra aspi­rat ad for­mo­si­tas. Co po pol­sku nie da się pre­cy­zyj­nie powie­dzieć bez ety­mo­lo­gicz­nych roz­wa­żań, że cała natu­ra dąży do pięk­na. Cała natu­ra for­mu­je się w pięk­nie.

Jeśli zatem w ten spo­sób to się odby­wa, to zna­czy, że się samo dzie­je, bez naszej przy­czy­ny, i moż­na by się tym nie zaj­mo­wać. No, ale była-jest Ewa, wąż… i dalej się to już poto­czy­ło z wia­do­mym skut­kiem. Na stra­te­gię natu­ry Ewa nało­ży­ła swo­ją. Opa­ko­wa­ła natu­rę, nie tyl­ko by ją prze­chy­trzyć, oszu­kać. Natu­ral­na, w fizjo­lo­gii zanu­rzo­na uro­da wzbu­dza pożą­da­nie krót­ko­trwa­łe, a potem wręcz nie­smak. Więc kostiu­my kul­tu­ry mają słu­żyć sta­bi­li­za­cji bodź­ca, ukry­ciu fizjo­lo­gii w stra­te­gii zwa­nej uczu­ciem, aby natu­ral­ne pożą­da­nie prze­mie­nić w rytu­al­ną skłon­ność, gdzie zwy­czaj łago­dzi, ale też wydłu­ża spon­ta­nicz­ność.

Męskie stra­te­gie w patriar­chal­nym spo­łe­czeń­stwie poszły w kie­run­ku kalo­ka­ga­tii, czy­li idei jed­no­ści dobra i pięk­na. Dzi­siaj to poję­cie zapo­mnia­ne, a jeśli nie, to fał­szy­wie rozu­mia­ne. Dobro i pięk­no – zwią­za­ne w jed­ność – nie były cno­ta­mi abs­trak­cyj­ny­mi, lecz warun­kiem uzy­ska­nia oby­wa­tel­stwa, czy­li tego w nas indy­wi­du­al­nych, co powin­no było być budul­cem pań­stwo­wo­ści.

Kalos kaga­thos – pięk­ny i dobry – było zatem dome­ną polis, dosłow­nie „miej­sca warow­ne­go”. Pań­stwo zbu­do­wa­ne z jed­no­ści pięk­na i dobra, z mate­ria­łu zaczerp­nię­te­go z wiecz­no­ści, to idea zaiste monu­men­tal­na.

Wróć­my jed­nak do Ewy współ­cze­snej pod­da­nej prze­my­sło­we­mu ter­ro­ro­wi polep­sza­nia uro­dy. Nie jest w tym przy­pad­ku istot­ne, że ter­ror to szal­bier­ski. Nie jest waż­ne, że wszyst­ko tu jest pomy­lo­ne, że uro­da cia­ła pod­da­ne­go obrób­ce mecha­nicz­no-che­micz­no-elek­tro­nicz­nej, cia­ła-towa­ru z rekla­my, urą­ga poczu­ciu przy­zwo­ito­ści. Nie jest waż­ne, że rekla­ma już od daw­na nie rekla­mu­je pro­duk­tów dla ich war­to­ści użyt­ko­wej. Waż­ne nato­miast jest, że rekla­ma wykre­owa­ła kon­sump­cję jako naj­pięk­niej­szy styl życia. To się uda­ło. Rekla­ma osią­gnę­ła wszyst­ko.

Kon­su­mu­jąc będzie­my pięk­ni, mło­dzi, szczę­śli­wi, atrak­cyj­ni, sek­sow­ni, boga­ci (w osta­tecz­no­ści wzbo­ga­cą nas kre­dy­ty), żyć będzie­my w naj­pięk­niej­szych miej­scach na zie­mi z naj­pięk­niej­szy­mi kobie­ta­mi i męż­czy­zna­mi, słoń­ce będzie świe­cić zawsze, a my nie będzie­my wie­dzie­li, co to stres, zobo­wią­za­nia, ter­mi­ny, wysi­łek, darem­ny trud. Taki świat jest naszym celem. Ale jak się w nim zna­leźć? Kon­su­mu­jąc – to prze­cież jasne.

I tu jest pułap­ka, bo kon­su­mu­jąc tyl­ko tro­chę, tyl­ko tro­chę jestem w tym świe­cie. Jeśli kupi­łem szam­pon, to jestem w tym świe­cie cząst­ką sie­bie, mia­no­wi­cie wło­sa­mi i tyl­ko tak dłu­go, jak dłu­go będą świe­że po myciu. Jeśli oszczę­dza­jąc przez dłu­gi czas kupię sobie opla, to wpraw­dzie doja­dę do pra­cy i na urlop, ale będzie to pra­ca cięż­ka i źle opła­ca­na, a urlop na polu namio­to­wym nad Bał­ty­kiem. Zmę­czo­ny oszczę­dza­niem na opla nie będę miał zapa­łu do życia. Opel bar­dzo też ogra­ni­cza gru­pę kobiet spo­śród któ­rych mogę wybie­rać oraz ich uro­dę tak­że. Kobie­ty posia­da­czy fer­ra­ri wyglą­da­ją ina­czej. I wie to już każ­de dziec­ko, doma­ga­jąc się od rodzi­ców przed­mio­tów mar­ko­wych, bo tyl­ko one chro­nią przed wyklu­cze­niem.

Nie­ocze­ki­wa­nie zgu­bi­li­śmy Ewę i sami zna­leź­li­śmy się w nar­ra­cji jako boha­te­ro­wie. Mało tego, wcią­gnę­li­śmy dzie­ci, któ­rych posia­da­nie nie mie­ści się w upra­gnio­nym pogod­nym hedo­ni­zmie rekla­my, gdzie seks jest war­to­ścią auto­no­micz­ną kon­sump­cji i cał­ko­wi­cie nie łączy się już z pro­kre­acją. Dzie­ci nie poja­wia­ją się w wyni­ku sek­su, lecz w wyni­ku rosz­cze­nia mar­ko­wych przed­mio­tów. I tyl­ko jako takie.

Powróć­my zatem do współ­cze­snej Ewy. Żeby wydo­stać się z rze­czy­wi­sto­ści zwy­kłej, niż­szej, do świa­ta rekla­my, któ­ry – jak to powo­li zaczy­na­my rozu­mieć – obo­wią­zu­je tak­że tych, któ­rzy świa­do­mi są jego kom­plet­ne­go zidio­ce­nia, trze­ba sko­rzy­stać z zabie­gów magicz­nych. Mał­go­rza­ta Ama­ro­wicz umiesz­cza się zatem w zaaran­żo­wa­nej na kształt ekra­nu tele­wi­zyj­ne­go prze­strze­ni. Mar­ku­je w ten spo­sób swo­je zwie­lo­krot­nie­nie. Jako licz­ba poje­dyn­cza bowiem wie­dzie się sza­re życie w rze­czy­wi­sto­ści, żeby się nato­miast z niej wyrwać, trze­ba wystą­pić w licz­bie mno­giej. Tyl­ko mul­ti­pli­ka­cja zapew­nia ist­nie­nie w wyż­szym świe­cie kon­sump­cji. Tam, im bar­dziej twarz powie­lo­na, tym bar­dziej rze­czy­wi­sta. I nie tyl­ko rze­czy­wi­sta, ale też bar­dziej obo­wią­zu­ją­ca jako wzo­rzec. Twarz powie­lo­na w nie­skoń­czo­ność sta­je się nie­skoń­cze­nie pięk­na.

Nie moż­na wsze­la­ko zapo­mnieć, że powie­la­nie ma swo­ją pro­ce­du­rę, bo ina­czej nie zadzia­ła jego magia. Tele­wi­zja na przy­kład ato­mi­zu­je twarz na pik­se­le. Dopie­ro z tych pik­se­li powsta­je obraz. Im wię­cej pik­se­li, tym obraz pięk­niej­szy. Szkło w insta­la­cji Ama­ro­wicz suge­ru­je raczej ekran z paska­mi kine­sko­pu, ale zasa­da jest zacho­wa­na: naj­pierw ato­mi­za­cja, potem obraz. Naj­pierw ani­hi­la­cja z rze­czy­wi­sto­ści, a potem pod posta­cią czą­stecz­ko­wej chmu­ry trans­mi­sja przez ucho igiel­ne kre­acji, czy­li prze­no­si­ny wiel­błą­da rze­czy­wi­sto­ści do raju rekla­my pod posta­cią wzo­ru pięk­na. Dzię­ki pomno­że­niu pust­ki w nie­skoń­czo­ność oczy­wi­ście.

W głów­nej czę­ści insta­la­cji autor­ka upra­wia gry magicz­ne, dzię­ki któ­rym ury­wa się repre­sjom porad­ni­ka dobrej uro­dy, bo sama bawi się w porad­nik i repre­sjo­nu­je innych wedle zna­nej meto­dy sado-maso. Tyl­ko na pozór ina­czej obja­wia się Mał­go­rza­ta Ama­ro­wicz w komen­ta­rzu, czy­li w zdję­ciach dodat­ko­wych. Tutaj jako mała syren­ka (zno­wu w Pho­to­Zo­nie syren­ka) w pozie z rzeź­by Erik­se­na jest już z góry powie­lo­na jako znak kul­tu­ry, czy­li postać z baśni Ander­se­na, i jako znak popkul­tu­ry w milio­nach pocz­tó­wek z Kopen­ha­gi i milio­nach zdjęć nie tyl­ko z Japoń­czy­ka­mi.

Hie­rar­chia bytów też jest zacho­wa­na: syre­ny, wedle Ander­se­na, to isto­ty bez duszy, ale dzię­ki dobrym uczyn­kom z jej moż­li­wo­ścią. Syren­ka z niż­szej, jak­by pod­wod­nej, nie­wi­docz­nej rze­czy­wi­sto­ści, zako­chu­je się w księ­ciu z rze­czy­wi­sto­ści wyż­szej, powie­la­nej. Może uzy­skać do niej dostęp poprzez dobre uczyn­ki ogrom­nych wydat­ków kon­sump­cyj­nych, dzię­ki cze­mu ratu­je księ­ciu życie i je pod­trzy­mu­je w dal­szej eks­ta­tycz­nej mul­ti­pli­ka­cji.

Ale w tym kon­sump­cyj­nym zabie­ga­niu zaczy­na­ją boleć syren­kę nóż­ki. Gdy więc powie­la­ny ksią­żę pra­gnie poślu­bić powie­la­ną księż­nicz­kę, syren­ka szans nie ma żad­nych, bo nóż­ki scho­dzi­ła do rybie­go ogo­na. Róż­ni­ca mię­dzy insta­la­cją a zdję­cia­mi dodat­ko­wy­mi jest taka, że tam było sado-maso, a tu jest tyl­ko maso. Jeże­li z tego wszyst­kie­go na koń­cu zro­dzi się dusza, to zna­czy, że zabie­gi Mał­go­rza­ty Ama­ro­wicz wobec nie­zno­śne­go impe­ra­ty­wu dosko­na­le­nia uro­dy odnio­sły sku­tek.

Andrzej Więc­kow­ski