Wysta­wa gale­rii PHOTOZONA Dol­no­ślą­skie­go Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OkiS
Moje sto tysię­cy metrów kwa­dra­to­wych Grze­go­rza Bud­ka
Wer­ni­saż: 20 maja 2016 r. (pią­tek), godz. 17:00

Kura­tor wysta­wy: Aga­ta Szu­ba
Gale­ria PHOTOZONA,
Dol­no­ślą­skie Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OKiS
Rynek-Ratusz 24 / PARTER

Fruwające blokowisko

Uczy­nić blo­ko­wi­sko czę­ścią skle­pie­nia nie­bie­skie­go wyda­je się zada­niem nie­wy­ko­nal­nym, trze­ba było­by bowiem albo z beto­nu zro­bić powie­trze (czas to potra­fi), albo z powie­trza uczy­nić beton. Moż­li­wy był­by też kom­pro­mis beto­no­we­go powie­trza, wietrz­ne­go beto­nu. W epo­ce, gdy budo­wa­no z płyt blo­ko­wi­ska, powie­trze wyka­zy­wa­ło nie­raz ten­den­cję do wystę­po­wa­nia w sta­nie cia­ła sta­łe­go, ale nawet wte­dy nie było beto­no­we, choć nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Z kolei beton, wsku­tek wypa­ro­wy­wa­nia cemen­tu (w tam­tej epo­ce było to nad wyraz czę­ste zja­wi­sko atmos­fe­rycz­ne) miał struk­tu­rę bar­dzo poro­wa­tą, a zatem wietrz­ną, ale się nie uno­sił. Blo­ko­wi­ska rów­nież, mimo że przez szpa­ry w pły­tach i oknach wiatr hulał i firan­ka­mi powie­wał aż się wokół gło­wy owi­ja­ły jak ban­da­że. Gdy się wycho­dzi­ło z blo­ko­wi­ska zawsze, ja tak pamię­tam, wiał wicher i wstę­po­wa­ło się w bło­to.

Grze­gorz Budek przed­sta­wia blo­ko­wi­ska zanu­rzo­ne w dyna­micz­nym żywio­le powie­trza, z nim wymie­sza­ne i razem z tym żywio­łem sta­no­wią­ce jed­ność. Albo ina­czej: zdję­cia Bud­ka mają struk­tu­rę pre­zbi­te­rium, w któ­rym blo­ko­wi­sko jest ołta­rzem, a sko­tło­wa­ne, postrzę­pio­ne, wstę­pu­ją­ce chmu­ry są jak łuki gotyc­kiej kate­dry zwień­czo­ne zwor­ni­ko­wym kamie­niem per­spek­ty­wy, nie­skoń­czo­no­ścią. I sko­ro już w niej, w kate­drze, jeste­śmy, to wie­my, że przy ołta­rzu odby­wa się litur­gia eucha­ry­stycz­na i gdzieś w cen­tral­nym jego miej­scu znaj­du­je się taber­na­ku­lum, czy­li miesz­ka­nie Grze­go­rza Bud­ka. W nim zaś Naj­święt­szy Sakra­ment dzie­ciń­stwa i mło­do­ści Auto­ra. Gdzieś obok są pew­nie stal­le dla ducho­wień­stwa, czy­li rodzi­ców, i ław­ki dla służ­by litur­gicz­nej, kle­ry­ków i mini­stran­tów, czy­li rodzi­ny, zna­jo­mych sąsia­dów, nauczy­cie­li i kole­gów, oraz kre­den­cja na naczy­nia i dary ofiar­ne do cele­bra­cji. Jest rze­czą jasną, że, jak to Budek nazwał, „moje sto tysię­cy metrów kwa­dra­to­wych” to teren świą­ty­ni i ogro­du raj­skie­go.

Per­wer­sja este­tycz­na miło­ści do wiel­kiej pły­ty i wyni­ka­ją­ca z tego ado­ra­cja suge­ru­ją­ca natę­że­nie reli­gij­ne mogą wyda­wać się grzesz­ne. Nie ma bowiem nic gor­sze­go w archi­tek­tu­rze niż potwor­ne blo­ki z wiel­kiej pły­ty, kosz­mar­nie wyko­na­ne, ze swo­ją ideą prze­wod­nią zli­kwi­do­wa­nia indy­wi­du­al­no­ści ludz­kiej, pra­wa do osob­no­ści i pry­wat­no­ści. Te rodzin­ne cele wię­zien­ne znaj­do­wa­ły się w obo­zie i oto­czo­ne były Murem Ber­liń­skim, któ­ry był jed­nym z pier­wo­wzo­rów monu­men­tów wiel­ko­pły­to­wych. Mur Ber­liń­ski nie tyl­ko wyso­ko­ścią, dru­ta­mi kol­cza­sty­mi, beto­no­wy­mi zapo­ra­mi, pasa­mi śmier­ci, auto­ma­ta­mi samo­strze­la­ją­cy­mi i tysią­ca­mi patro­lu­ją­cych żoł­nie­rzy ota­czał blo­ko­wi­sko real­ne­go socja­li­zmu. Mur Ber­liń­ski naj­wy­żej wzno­sił się w ludz­kich gło­wach. Kie­dy był stra­chem, dono­sem, inwi­gi­la­cją, powszech­ną indok­try­na­cją. A zatem potwor­ność blo­ko­wi­ska, to nie tyl­ko kosz­mar archi­tek­to­nicz­ny, to przede wszyst­kim kosz­mar ludz­kich umy­słów, któ­ry w czy­stej posta­ci oglą­dać moż­na w Korei Pół­noc­nej. Nasz pol­ski weso­ły barak, jak zwy­kli­śmy PRL nazy­wać, nie jest potwor­no­ści blo­ko­wi­ska uspra­wie­dli­wie­niem.

A zatem co z grze­chem miło­ści do wiel­kiej pły­ty, któ­ry popeł­nia nie­ja­ki Budek? Orze­kam niniej­szym, że jest nie­win­ny.  Jest nie­win­ny, bo został naro­dzo­ny w wiel­kiej pły­cie, w blo­ko­wi­sku. Został rzu­co­ny w świat bez jakiej­kol­wiek moż­li­wo­ści wybo­ru oko­li­cy i cza­su. Został wrzu­co­ny w blo­ko­wi­sko, w któ­rym spę­dził dzie­ciń­stwo i mło­dość, bo to była jedy­na moż­li­wość jego życia. Nie moż­na go za to karać. To nie potwor­ność blo­ko­wi­ska jest przed­mio­tem jego ado­ra­cji, to jego życie w blo­ko­wi­sku jest przed­mio­tem ado­ra­cji. To nie obrzy­dli­wość wiel­kiej pły­ty, ani pie­kiel­ni straż­ni­cy rodzin­nej celi sta­no­wi­li o tym, że sta­ła się ona taber­na­ku­lum, a blo­ko­wi­sko kate­drą w kosmo­sie. To jego prze­naj­święt­sze dzie­ciń­stwo, to jego świę­ta mło­dość o tym sta­no­wi­ły. Duch sta­no­wił życie wbrew ohy­dzie mate­rii. A skąd miesz­ka­niec raju miał o tej ohy­dzie wie­dzieć, sko­ro jesz­cze ma przed sobą i grzech pier­wo­rod­ny i póź­niej­sze: lek­kie, cięż­kie i śmier­tel­ne.

Każ­dy ma swój per­wer­syj­ny raj, w każ­dym poko­le­niu. Raj­skim Ogro­dem moje­go dzie­ciń­stwa były ruiny.

Gdy się wcho­dzi­ło na szczyt góry na mojej uli­cy, wspi­na­jąc się po cegla­nym piar­gu obok prze­pa­ści­stych ścian z koły­szą­cy­mi się na wie­trze scho­da­mi i mija­jąc pię­tra róż­nych tapet, moż­na było zoba­czyć zglisz­cza całe­go mia­sta. Uno­si­ło się gotyc­ki­mi wie­ża­mi i zapa­da­ło buj­ną, roz­le­wa­ją­cą się po ruinach tra­wą. Pagór­ko­wa­ty kra­jo­braz zwa­łów gru­zu, z któ­rych jak tur­nie wysta­wa­ły samot­ne ścia­ny zbu­rzo­nych domów, był fascy­nu­ją­cym tere­nem codzien­nych eks­pe­dy­cji. Każ­de­go dnia otwie­ra­ła się przede mną nowa ter­ra inco­gni­ta murów pora­sta­ją­cych dżun­glą, w któ­rej roiło się od skar­bów, pozła­ca­nych tajem­ni­cą fan­ta­stycz­nych przed­mio­tów, inkru­sto­wa­nych zagad­ko­wy­mi inskryp­cja­mi, któ­re roz­bły­ski­wa­ły upar­tym nie­zro­zu­mie­niem. Zanu­rza­łem się w bada­niach arche­olo­gicz­nych, nur­ko­wa­łem w piw­ni­ce, labi­ryn­ty lochów i wypły­wa­łem na powierzch­nię ze sko­ru­pa­mi por­ce­la­ny i fajan­su, mone­ta­mi, kla­se­ra­mi znacz­ków, strzę­pa­mi ksią­żek, pordze­wia­ły­mi sztuć­ca­mi, roz­trza­ska­ną maszy­ną do szy­cia, roz­szar­pa­nym gra­mo­fo­nem. Nie­prze­bra­ne były te skar­by i nie­bez­piecz­ne było ich poszu­ki­wa­nie w inte­rio­rze umar­łe­go mia­sta. Nie­raz wybu­cha­ły ury­wa­jąc ręce i nogi, zabi­ja­ły. Sta­da roz­pa­sa­nych rze­zi­miesz­ków, łotrów, ban­dy­tów nie czy­ni­ły jesz­cze w tam­tych cza­sach dzie­ciom krzyw­dy.

Prze­ry­wa­łem bada­nia arche­olo­gicz­ne z żalem, gdy zapa­dał zmrok i przez dziu­ry okien prze­świe­ca­ła już ośle­pia­ją­ca pur­pu­ra, któ­ra na poro­śnię­tych lebio­dą, pokrzy­wą i łopia­nem atra­men­to­wych wzgó­rzach ruin roz­nie­ca­ła wie­czor­ne poża­ry zacho­dzą­ce­go słoń­ca. Zawsze pach­nia­ło rumian­kiem i butwie­ją­cą zie­mią, sta­rą spa­le­ni­zną i bzem, któ­ry wśród wie­lu drzew, krza­ków i traw pora­sta­ją­cych umar­łe mia­sto ude­rzał w noz­drza naj­moc­niej.

Mia­sto to było ― powta­rzam to nie tyl­ko teraz, powta­rzam to zawsze ― miej­scem dzi­kiej, nie­okieł­zna­nej roślin­no­ści wybie­ga­ją­cej mię­dzy potrza­ska­ne pły­ty chod­ni­ków i wspi­na­ją­cej się bły­ska­wicz­nie mchem, powo­jem i blusz­czem po usko­kach chy­bo­tli­wych murów, by wresz­cie w pordze­wia­łych ryn­nach i na dachach wystrze­lić bry­zgiem małej brzóz­ki, jarzę­bi­ny czy klo­nu. Klu­cząc w tej zie­le­ni otu­la­ją­cej zwa­ły cegieł, wśród wyszarp­nię­tych spod bru­ku rur i ster­czą­cych w górę pogię­tych szyn prze­bie­ga­łem kanio­na­mi ulic. Zawsze była już noc, gdy wra­ca­łem do domu, i zawsze sło­wi­ki sza­la­ły roz­ju­szo­ne gwiaz­da­mi.

Andrzej Więc­kow­ski