Wysta­wa gale­rii PHOTOZONA Dol­no­ślą­skie­go Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OkiS
Auto­per­cep­cje [Wzo­ro­wy żoł­nierz] autor­stwa Rafa­ła Warze­chy

Kura­tor wysta­wy: Aga­ta Szu­ba
Gale­ria PHOTOZONA,
Dol­no­ślą­skie Cen­trum Infor­ma­cji Kul­tu­ral­nej OKiS
Rynek-Ratusz 24 / PARTER

Zabawy z tożsamością

Wzo­ro­wy żoł­nierz nie posia­da wła­ści­wo­ści, spraw­dza się w każ­dej armii, w każ­dym rodza­ju wojsk, w każ­dym mun­du­rze. Auto­por­tre­ty Rafa­ła Warze­chy, na pozór poczci­we w mani­pu­la­cjach, oka­zu­ją się wyjąt­ko­wo wyra­fi­no­wa­ne, by nie powie­dzieć per­wer­syj­ne, bowiem nie pozwa­la­ją na żad­ną kon­sta­ta­cję. One tyl­ko suge­ru­ją kie­ru­nek, bez moż­li­wo­ści orze­cze­nia.

Nało­że­nie por­tre­tów robio­nych na prze­strze­ni wie­lu lat nie pozwa­la na okre­śle­nie wie­ku; mło­dzień­czość na nie­któ­rych jest dwu­znacz­na płcio­wo, zarost nie­raz wyglą­da na sztucz­nie doro­bio­ny (prze­cież dora­biał go póź­niej­szy czas); kostiu­my nie dają się skla­sy­fi­ko­wać, nawet orze­łek na czap­ce (naj­bar­dziej wyra­zi­sty znak na wysta­wie) roz­my­wa się.

Wysta­ją oku­la­ry. Waha­ją się mię­dzy oku­lar­ni­kiem a żoł­nier­ską ochro­ną oczu. Ucie­ka­ją przed jed­no­znacz­no­ścią. Oczy zawsze wyra­zi­ste i jak­by inte­li­gent­nie wni­kli­we skła­nia­ją do sub­tel­nych inter­pre­ta­cji na temat znie­wo­lo­nej przez reżim pod­mio­to­wo­ści, ale też znie­chę­ca­ją zaraz do tego ste­reo­ty­pu, bo na nie­któ­rych suge­ru­ją głup­ko­wa­tość nie­zda­ry. Wszyst­kie auto­pre­zen­ta­cje zacie­kle bro­nią się przed kon­kre­ty­za­cją.

A więc żoł­nierz spro­wa­dzo­ny do cyfry żoł­nier­stwa, wypra­ny z cech szcze­gól­nych? Żoł­nierz narzę­dzie ogól­ne, taki mili­tar­ny wihaj­ster? Może, ale chy­ba nie może­my być pew­ni takie­go kie­run­ku. Ta wysta­wa otwie­ra wszyst­kie moż­li­wo­ści i zawie­sza je bez roz­wią­za­nia. Zachę­ca do docie­kli­wej gada­ni­ny i natych­miast ją kom­pro­mi­tu­je.

Gry i zaba­wy z wła­sną twa­rzą to zawsze ćwi­cze­nia z toż­sa­mo­ści. Z tą nato­miast pro­blem jest natych­mia­sto­wy. To, co oglą­dam, nie jest bowiem toż­sa­me z tym, co widzę. Jeśli sądzę, że to jest oto moja rze­czy­wi­sta twarz, to oczy­wi­ście mam do pew­ne­go stop­nia wygod­ną i uży­tecz­ną rację. Ale przy bliż­szym wej­rze­niu stwier­dzić muszę, że jest to tyl­ko myśl o mojej twa­rzy wywo­ła­na w mojej świa­do­mo­ści przez impuls na siat­ków­ce.

Wyostrza­jąc, mógł­bym powie­dzieć, że moja twarz nie ist­nie­je, lecz wyłącz­nie moje wyobra­że­nie mojej twa­rzy wywo­ła­ne impul­sem świa­tła, czy­li elek­tro­ma­gne­tycz­ny­mi drga­nia­mi o róż­nej czę­sto­tli­wo­ści, któ­re absor­bu­je obser­wo­wa­na twarz w skom­pli­ko­wa­nym pro­ce­sie, a nad­wyż­ki prze­kształ­co­ne w foto­ny wysy­ła w jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym pro­ce­sie. Na tym eta­pie moja twarz jest sta­cją nadaw­czą, a moje oczy odbior­ni­kiem.

Foto­ny prze­ka­zu­ją kwan­to­we ener­ge­tycz­ne infor­ma­cje, któ­re w galak­ty­ce oka wywo­łu­ją fizycz­no-che­micz­ne reak­cje, te z kolei zmie­nia­ją napię­cie w mem­bra­nach komó­rek ner­wo­wych i jako elek­trycz­ny impuls wędru­ją przez róż­ne are­ały kosmo­su moje­go mózgu, któ­ry kon­stru­uje z tego wzór, prze­li­cza­jąc i inter­pre­tu­jąc nie­zli­czo­ne fre­kwen­cje, fale i Bóg wie, co jesz­cze. Tak wyglą­da moja twarz w moim mózgu.

Nie­da­ją­ca się ogar­nąć ilość trans­for­ma­cji, w któ­rych w ogó­le twa­rzy nie widać. I jeże­li w koń­cu nagle z tego wszyst­kie­go wycza­ro­wu­je się kon­kret­ny obraz mojej twa­rzy, to jest to cud naj­bar­dziej fan­ta­stycz­ny, akt stwór­czy, o któ­rym nauki przy­rod­ni­cze nie są w sta­nie powie­dzieć ani sło­wa. A ja – i o tym powi­nie­nem zawsze pamię­tać – nie jestem w sta­nie nic powie­dzieć o źró­dło­wej real­no­ści mojej twa­rzy. To, z czym mam do czy­nie­nia, to ducho­wy kon­strukt będą­cy w jakimś sto­sun­ku, ale w sto­sun­ku koniecz­nym, do ory­gi­na­łu. Toż­sa­mość wpraw­dzie jesz­cze w tym sto­sun­ku nie upa­da, ale trzesz­czy już na pozio­mie ontycz­nym.

Obraz, obraz mojej twa­rzy i Two­jej tak­że, jest zatem zawsze i bez wyjąt­ku i od same­go począt­ku repro­duk­cją. A póź­niej coraz bar­dziej repro­duk­cją. Ponie­waż do tego ducho­we­go kon­struk­tu zle­pio­ne­go z kwan­to­wych drgań i impul­sów docho­dzi teraz żywioł świa­do­mo­ści: chwiej­nej w zmie­nia­ją­cych się inter­pre­ta­cjach, nie­pew­nej we wnio­skach, roz­huś­ta­nej emo­cjo­nal­nie i spa­da­ją­cej w otchłań cza­su.

Patrzę na sie­bie od zawsze i od tego pierw­sze­go razu w dzie­ciń­stwie, gdy zoba­czy­łem swo­ją twarz, nakła­dam na sie­bie wszyst­kie następ­ne spoj­rze­nia wraz z myśla­mi i emo­cja­mi, któ­re im towa­rzy­szy­ły. Na swo­je obra­zy sie­bie nakła­dam też opi­nie innych na temat mojej twa­rzy, nakła­dam inne obra­zy, inne twa­rze, inne miny, inne maski i peru­ki pudro­wa­ne pochleb­stwa­mi, wyszmel­co­wa­ne obmo­wą, zdra­pu­ję lisza­je po oplu­ciach, nakła­dam na nie kosme­ty­ki zakła­ma­nia, maści na bli­zny po roz­dra­pa­nych wyrzu­tach sumie­nia.

Cóż to za mie­sza­ni­na bez­kształt­na i absur­dal­na w tyglu świa­do­mo­ści – toż­sa­mość. Z jed­nej stro­ny wyzna­czo­na bie­gu­nem osob­no­ści, odgro­dze­nia się. Z dru­giej stro­ny zapo­bie­gli­wie budu­jąc płot, otwie­ra się jed­no­cze­śnie na wszech­świat kul­tu­ry, na nie­skoń­czo­ność. Z jed­nej stro­ny zamy­ka się przed natło­kiem wzo­rów, żeby nie popaść w cho­ro­bę utra­ty oso­bo­wo­ści, co jest w osta­tecz­no­ści dla niej śmier­tel­ne, z dru­giej stro­ny – umrze pozba­wio­na spo­łecz­ne­go żywio­łu, sama z sie­bie się uni­ce­stwi, wyklę­ta na wygna­nie. Lata­mi hodu­je kwia­ty intym­no­ści, by je w oku mgnie­nia roz­dep­tać w orgii maso­wo­ści. Koniecz­nie musi mieć imię wła­sne, ale imię to ma sens tyl­ko w zda­niu, w języ­ku, w ogól­no­ści ludz­kiej.

Przy­glą­da­nie się toż­sa­mo­ści to kar­ko­łom­na jaz­da do utra­ty przy­tom­no­ści. Woj­sko wyha­mo­wu­je tę jaz­dę. Jeśli logi­ka porząd­ku­je cha­os zmy­sło­wo­ści, to regu­la­min i hie­rar­chia uspo­ka­ja­ją roze­dr­ga­ną toż­sa­mość. Nie­okre­ślo­ną, zwy­czaj­ną śmierć wsku­tek cho­ro­by lub sta­ro­ści pod­no­szą do ran­gi boha­ter­skie­go poświę­ce­nia. Nie­ja­sny sens życia ujmu­ją w kar­by zwy­cię­skie­go celu w obro­nie ojczy­zny i naro­du. Służ­ba! Słu­żyć to naj­głęb­szy sens czło­wie­czeń­stwa zawsze: słu­żyć rodzi­nie i dzie­ciom, słu­żyć pra­cą spo­łe­czeń­stwu, naro­do­wi, kul­tu­rze, cywi­li­za­cji, ludz­ko­ści, Bogu…

To są służ­by naj­czę­ściej skom­pli­ko­wa­ne, w woj­sku jest ona naj­prost­sza, naj­ła­twiej­sza. Toż­sa­mość woj­sko­wa jest, może być wznio­sła i boha­ter­ska, a jed­no­cze­śnie pro­sta i bez­dy­sku­syj­na jak roz­kaz. Nawet mędr­cy tęsk­nią cza­sa­mi za taką! I jed­no­cze­śnie przed taką wzdra­ga­ją się. Moj­żesz dłu­go wymi­gi­wał się od służ­by Bogu Izra­ela. Wyma­wiał się jąka­niem. Jąka­jąc się.

Rafał Warze­cha nakła­da dzie­cin­ną, mło­dzień­czą fascy­na­cję har­cer­stwem, mun­du­rem, któ­ra jest odda­niem się zaba­wie i przy­go­dzie, na doro­słą, już z zaro­stem odpo­wie­dzial­ność służ­by. Pozba­wia to nało­że­nie wła­ści­wo­ści i nakła­da oku­la­ry. Może chro­nią żoł­nier­skie oczy, może poma­ga­ją przy­glą­da­niu się.

Kie­dy patrzę na sie­bie, jestem uwią­za­ny. Mogę patrzeć tyl­ko na sie­bie patrzą­ce­go się na sie­bie. Nie mogę pod­glą­dać sie­bie nie­podej­rze­wa­ją­ce­go, że jestem obser­wo­wa­ny. No, chy­ba że zało­żę spe­cjal­ne oku­la­ry. Wte­dy mogę zoba­czyć się z zewnątrz mojej toż­sa­mo­ści.

Andrzej Więc­kow­ski