Gale­ria sztu­ki Ośrod­ka Kul­tu­ry i Sztu­ki we Wro­cła­wiu – Insty­tu­cji Samo­rzą­du Woje­wódz­twa Dol­no­ślą­skie­go pn.: PHOTOZONA.

Andrzej WIĘCKOWSKI – Zagi­nio­ny mię­dzy dzia­dem a wnu­kiem

Kura­tor wysta­wy: Aga­ta Szu­ba

 

Andrzej Więc­kow­ski 

Jest pisa­rzem, bywał dzien­ni­ka­rzem (m.in. w Wol­nej Euro­pie, z któ­rą zwią­za­ny był przez 15 lat). Był zało­ży­cie­lem i redak­to­rem zachod­nio­ber­liń­skie­go mie­sięcz­ni­ka ​„Archi­pe­lag”, z któ­rym współ­pra­co­wa­li naj­wy­bit­niej­si pisa­rze pol­scy (T. Kar­po­wicz, G. Her­ling-Gru­dziń­ski, W. Wirp­sza, W. Odo­jew­ski) i nie­miec­ko­ję­zycz­ni (G. Grass, F. Dür­ren­matt). W latach 1970-2015 współ­pra­co­wał z ​„Odrą”. Był kie­row­ni­kiem lite­rac­kim Wro­cław­skie­go Teatru Lalek, kie­row­ni­kiem Dzia­łu Kul­tu­ry w RWE, wykła­dow­cą w Kole­gium Kar­ko­no­skim, dorad­cą dyrek­to­ra Fil­har­mo­nii Dol­no­ślą­skiej, człon­kiem zarzą­du sta­ro­stwa, ale pra­co­wał też na zmy­wa­ku i wie­le lat na budo­wie. Jed­nym z waż­niej­szych momen­tów w jego życiu była też pra­ca przy likwi­da­cji budow­li, spra­woz­da­wał mia­no­wi­cie na żywo upa­dek ber­liń­skie­go muru. Obec­nie reda­gu­je ​„For­mat Lite­rac­ki” oraz książ­ki serii Arch2pelag, a tak­że towa­rzy­szy ese­ja­mi wyda­rze­niom arty­stycz­nym (m.in. gale­rii Pho­to­Zo­na) i nauko­wym.

Wer­ni­saż wysta­wy: 24 listo­pa­da 2017 r. (pią­tek), godz. 17:00

 

Zaginiony między dziadem a wnukiem

Wid­mo w szka­tu­le z mgły, czy­li wspo­mnie­nie, któ­re wywo­łu­je sta­re zdję­cie sprzed moich, już star­ca, uro­dzin. Nasta­wiam sta­rą pły­tę na pate­fo­nie, głę­biej nawet: cylin­der na fono­gra­fie. Fono­graf opa­ten­to­wał Edi­son w roku 1878, czy­li trzy lata po naro­dzi­nach moje­go dziad­ka, ojca moje­go ojca. Nie­raz się tak zda­rza, że dzia­da od wnu­ka dzie­li tak dłu­gi czas. Ten oto dziad mój, Win­cen­ty, zro­bił sobie ten por­tret w roku 1920 w ate­lier Mar­ti­na Kle­ina w Nowym Jor­ku, kie­dy po dwu­na­sto­let­nim poby­cie szy­ko­wał się do powro­tu do Pol­ski. Miał wte­dy 45 lat. Kie­dy ja się uro­dzi­łem, miał lat 74. A kie­dy syty swo­ich dni umie­rał, ja byłem w kla­sie matu­ral­nej i mia­łem w pamię­ci wie­le wspól­nych chwil i wie­le jego opo­wie­ści. To zdję­cie odtwa­rza jego głos, jego cha­rak­te­ry­stycz­ne ruchy.

Po tych ruchach pozna­łem w tłu­mie nigdy przed­tem nie­wi­dzia­ne­go wuja, bra­ta mego ojca, kie­dy po bli­sko 50 latach w Alza­cji, przy­je­chał do Pol­ski. Powta­rza­my się rodzin­nie. Tak też żyje prze­szłość: mnie rów­nież moż­na roz­po­znać po tych cha­rak­te­ry­stycz­nych ruchach. Dzia­dzia, tak wszy­scy o nim mówi­li­śmy, miał je w naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób. Był synem i wnu­kiem, ale dla nas pro­to­pla­stą. I to wyjąt­ko­wym, bo żyją­cym z nami razem, w róż­nych cza­sach i cywi­li­za­cjach w tej samej chwi­li. Postać mitycz­na na co dzień. Już jako pod­ro­stek zdu­mie­wa­łem się tą jed­no­cze­sno­ścią, tą geo­lo­gicz­ną per­spek­ty­wą współ­cze­sno­ści, któ­rej byłem intym­nym świad­kiem i współ­uczest­ni­kiem i któ­rą nio­sę z sobą. A te ruchy cha­rak­te­ry­stycz­ne mają też moje wnu­ki, one ponio­są je jesz­cze dalej. Teraź­niej­sza prze­szłość wdzie­ra się w przy­szłość jako w moż­li­we i tak ją reali­zu­je. Dzie­jo­wość żywa, real­nie egzy­stu­ją­ca histro­ria.

Wsku­tek dono­su Win­cen­ty, ojciec troj­ga dzie­ci i jedy­ny żywi­ciel, został wzię­ty w 1904 roku na wio­snę do woj­ska, a na jesie­ni już wyma­sze­ro­wał na woj­nę rosyj­sko-japoń­ską przez Euro­pę i całą Sybe­rię do Man­dżu­rii nad Morze Żół­te. Poru­sza­li się w try­bie wojen­nym for­sow­ny­mi mar­sza­mi, kole­ją i rzecz­ny­mi stat­ka­mi. Po mie­sią­cu od wyru­sze­nia z Miń­ska Mazo­wiec­kie­go jego pułk był już nad Woł­gą w oko­li­cach Sara­to­wa. Dla­cze­go cią­gnę­li tam­tę­dy, dzia­dzia nie umiał odpo­wie­dzieć, i myślę, że w szta­bie jego puł­ku nie wie­dzie­li tego tak­że.

W Sara­to­wie wsie­dli na stat­ki i popły­nę­li w górę Woł­gi do Per­mu, gdzie po kil­ku tygo­dniach posto­ju zała­do­wa­no ich do wago­nów towa­ro­wych kolei trans­sy­be­ryj­skiej. Dla­cze­go nie jecha­li kole­ją bez prze­rwy, nie wia­do­mo. Cią­gle wysia­da­li, szli pie­cho­tą kil­ka dni, rąba­li drze­wo na opał do paro­wo­zów, potem zno­wu wsia­da­li do wago­nów, gdzie było przy­naj­mniej cie­pło od roz­grza­nej do czer­wo­no­ści kozy. Mogli roze­brać się do naga i wysta­wić mun­du­ry i bie­li­znę na paty­kach na zewnątrz, żeby zamro­zić wszy i strzep­nąć je w taj­gę. Kie­dy wszy już nie doku­cza­ły i mogli się wyspać, zno­wu wysia­da­li, szli kil­ka­set kilo­me­trów, wsia­da­li, mro­zi­li wszy i tak w kół­ko. Gdy­by wte­dy bra­li udział w bitwie, to mogli­by jej nie zauwa­żyć.

Gdy nastał rok 1905 i padł Port Artur, prze­kro­czy­li Ural i zatrzy­ma­li się w Jeka­te­ryn­bur­gu. Patrzy­li jeden na dru­gie­go w ści­sku i oddy­cha­li swo­imi wyzie­wa­mi w byłych staj­niach. Ale ruszy­li wresz­cie. W mar­cu poma­ga­li budo­wać tory w oko­li­cach Baj­ka­łu i łowi­li ryby w prze­rę­blach jezio­ra, bo nie było co jeść. Latem grza­li swe szkie­le­ty gdzieś nad Amu­rem i tam też żywi­li się głów­nie łowio­ny­mi ryba­mi. Woj­na była już sro­mot­nie prze­gra­na. Szli jed­nak dalej przez Man­dżu­rię do Wła­dy­wo­sto­ku zdzie­siąt­ko­wa­ni przez cho­ro­by, głód i wycień­cze­nie.

W oko­li­cach Nikol­ska Ussu­ryj­skie­go zatrzy­ma­ła ich zima. Codzien­nie uprzą­ta­li śnieg wokół obo­zu i usy­pa­li z nie­go wyso­kie na kil­ka­dzie­siąt metrów hał­dy. W mar­cu 1906, kie­dy śnieg za dnia zaczął się już topić, zaczę­li te hał­dy roz­sy­py­wać. Gdy już je po wie­lu dniach splan­to­wa­li, prze­ma­sze­ro­wa­li zgar­bie­ni i kule­jąc do Wła­dy­wo­sto­ku.

Tam zaokrę­to­wa­no ich na sta­ry frach­to­wiec, któ­ry począt­ko­wo klu­cząc mię­dzy kra­mi popły­nął przez Morze Japoń­skie i Morza Chiń­skie, przez Cie­śni­nę Malak­ka, gdzie zaczę­li umie­rać z upa­łu i pra­gnie­nia, przez Oce­an Indyj­ski, Morze Arab­skie, Morze Czer­wo­ne, Kanał Sueski, Morze Śród­ziem­ne, Dar­da­ne­le, Morze Mar­ma­ra, Bos­for i Morze Czar­ne, aż wresz­cie zacu­mo­wa­li w Ode­ssie.

Bez bitwy i jed­ne­go wystrza­łu w cią­gu nie­speł­na roku wymar­ła jed­na trze­cia puł­ku. Pozo­sta­łym przy życiu, tym upio­rom o pło­ną­cych oczach, powie­dzia­no, że mogą iść do domu. Dzia­dek Win­cen­ty wyru­szył z Ode­ssy w kie­run­ku Kali­sza i jak na skrzy­dłach pole­ciał, bez cia­ła lek­ki jak duch, bo już po dzie­się­ciu dniach był w domu, w Strzał­ko­wie. Uca­ło­wał próg domu i zasnął. Spał bez prze­rwy trzy dni, a gdy się obu­dził, wykle­pał kosę i poszedł kosić żyto, bo był już lipiec.

A potem przy­szedł następ­ny lipiec. Wresz­cie wcze­sną wio­sną 1908, nie cze­ka­jąc na lipiec kolej­ny, zaraz po Wiel­ka­no­cy wyru­szył do Haw­ru, gdzie cze­kać miał na nie­go kole­ga z woj­ska, skąd chcie­li wyru­szyć do Nowe­go Jor­ku. Kole­gi z jakie­goś powo­du nie było, rów­nież bile­tów, któ­re miał zaku­pić. Dzia­dek szwen­dał się kil­ka dni po por­cie szu­ka­jąc oka­zji. Został pala­czem na stat­ku, któ­ry pły­nął do Tan­ge­ru. W Tan­ge­rze pra­co­wał jako tra­garz przez trzy mie­sią­ce i zaro­bił na bilet do Nowe­go Jor­ku.

Led­wie dopły­nął, natych­miast zna­lazł pra­cę kamie­nia­rza przy budo­wie dróg, a po dwóch latach tłu­cze­nia kamie­ni, został pie­ka­rzem w dużej pie­kar­ni na Bro­okly­nie u Niem­ca, gdzie prze­pra­co­wał 10 lat. Prze­ska­ku­je­my je, jak­by ich nie było. Ten oto por­tret został zro­bio­ny w 1920 roku, kie­dy szy­ko­wał się do powro­tu, o czym na odwro­cie infor­mo­wał swo­ją żonę tym zupeł­nie nie­sły­cha­nym listem na odwro­cie por­tre­tu, arcyw­zo­rze listu miło­sne­go pozba­wio­ne­go wszel­kich ozdob­ni­ków i sen­ty­men­ta­li­zmów. ​„Prze­sy­łam Ci swo­ją podo­bi­znę, a nie­dłu­go ja sam będę”. Nie­do­ści­gła lako­nicz­ność. Traf­ność. W punkt G.

Nie zacho­wa­ły się w rodzin­nej legen­dzie żad­ne szcze­gó­ły z tych 12 lat Win­cen­te­go w Nowym Jor­ku. Nie wia­do­mo zatem, jak ten Ody­se­usz radził sobie ze śpie­wem Syren, jak chro­nił sie­bie przed cza­ra­mi Kir­ke, w jaki spo­sób odparł poku­sę nie­śmier­tel­no­ści, któ­rą ofia­ro­wa­ła Kalip­so. Nie ma żad­nych komen­ta­rzy, plo­tek, domy­słów, ta histo­ria jest nie­ma.

Nie­wie­le wia­do­mo też, czy bab­cia Anto­ni­na-Pene­lo­pa mia­ła zalot­ni­ków. Na pew­no nie 136; mówi­ło się nato­miast o Żydzie, domo­krąż­cy, i przy­glą­da­no się wte­dy żar­to­bli­wie rysom moje­go ojca, Tade­usza, ale to były żar­ty, wca­le nie­po­kąt­ne i gło­śno weso­łe, bo cał­ko­wi­cie bez­pod­staw­ne: ojciec uro­dził się 10 mie­się­cy po powro­cie dziad­ka.

Cięż­ka pra­ca, tęsk­no­ta, samot­ność, tro­ska, śmier­tel­ne ryzy­ko, strach i trwo­ga, ale też jasne stro­ny życia męż­czy­zny w sile wie­ku, nowo­jor­czy­ka – to wszyst­ko jest skry­te.

Wyda­wać by się mogło, że rajd przez kulę ziem­ską w mun­du­rze car­skie­go żoł­nie­rza (woj­na rosyj­sko-japoń­ska jako wer­sja z poraż­ką woj­ny tro­jań­skiej), jak i 12-let­nia wędrów­ka po otchła­niach Nowe­go Jor­ku odmie­nią póź­niej­sze życie dziad­ka. Ale naj­wy­raź­niej mia­ły te wypra­wy wymiar krą­że­nia po oko­li­cy, a nie wypra­wy na krań­ce.

Może Win­cen­ty zagar­nął ogrom Sybe­rii i Oce­anu w sie­bie, może tęsk­no­ta roz­ro­sła się w nim poza mija­ne hory­zon­ty, ale nie prze­niósł tej dali w swo­ją wieś, w swo­ją zagro­dę. Może w jakiś spo­sób odło­żył się w nim cywi­li­za­cyj­ny roz­mach Man­hat­ta­nu, budo­wał prze­cież auto­stra­dy, kie­dy w Strzał­ko­wie nikt nie widział samo­cho­du, piekł chleb dla setek tysię­cy w wiel­kiej, nowo­cze­snej pie­kar­ni, patrzył na zgieł­kli­wy tłum i na wie­żow­ce, któ­re dra­pa­ły chmu­ry.

Ale gdy wró­cił, jego wieś i zagro­da nie wyglą­da­ły dla nie­go jak gru­dy bło­ta. To było moje doświad­cze­nie po powro­cie z emi­gra­cji. Gli­nia­na cha­ta kry­ta strze­chą led­wie wysta­wa­ła nad powierzch­nię piasz­czy­stej zie­mi, z któ­rej nie­śmia­ło wyra­sta­ło małe żyt­ko i niziut­ki owies. Kro­wy i konie w porów­na­niu z ame­ry­kań­ski­mi wyglą­da­ły jak psy, a świ­nie jak świn­ki mor­skie, gdy­by ktoś wie­dział w Strzał­ko­wie, co to jest. Dzia­dzia pew­nie sobie to uświa­da­miał, ale nie dozna­wał tego pomniej­sze­nia, nie doku­cza­ło mu.

Pług był jed­no­ski­bo­wy na stop­ce. Wszyst­kie narzę­dzia i sprzę­ty, wśród któ­rych ja się do lat sześć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku tak­że obra­ca­łem, były takie same jak w XIV wie­ku, w śre­dnio­wie­czu i nie jest to żad­na meta­fo­ra zaco­fa­nia, to jest zaco­fa­nie w zna­cze­niu postę­po­wej myśli oświe­ce­nio­wej, dla któ­rej czas nigdy nie biegł dosta­tecz­nie szyb­ko.

W cen­tral­nej Pol­sce, 30 km od Kali­sza, elek­try­fi­ka­cja dotar­ła do wsi Strzał­ków w 1957 roku, już po śmier­ci bab­ci i gdy dzia­dek już był od wie­lu lat śle­py. Dopie­ro wte­dy zło­te koło mitu wypa­czy­ło się w kie­run­ku spi­ra­li postę­pu, ale dzia­dek nie chciał już na to patrzeć i nie miał na razie czym, bo ope­ra­cja zaćmy była wte­dy jesz­cze przed nim. Dopie­ro wów­czas dotar­ło do Strzał­ko­wa oświe­ce­nie w posta­ci sowiec­kie­go komu­ni­zmu.

Gdy z moimi dzieć­mi, pra­wnu­ka­mi Win­cen­te­go, wie­le lat póź­niej, kie­dy już komu­ni­zmu nie było, odwie­dza­łem muzea etno­gra­ficz­ne, to wszyst­kie spo­ty­ka­ne tam eks­po­na­ty sprzed wie­ków były mi zna­ne jako narzę­dzia i sprzę­ty codzien­ne­go użyt­ko­wa­nia.

Mia­ły w sobie ślad cia­ła, któ­re­go były ana­to­micz­nym prze­dłu­że­niem, wyra­sta­ły jak­by z nie­obec­nych już dło­ni zacho­wu­jąc ich kształt i ruch. One były cie­le­sne i wzy­wa­ły o dotyk, pro­si­ły o następ­ne ręce. Och, wy, narzę­dzia poręcz­ne, peł­ne wewnętrz­nych prze­gu­bów i nad­garst­ków. Traf­ne na śle­po. Wypeł­nio­ne ska­mie­nia­łym potem, wygła­dzo­ne naskór­kiem.

Bra­ły­ście, kosy, ludz­kie ręce w swo­je uchwy­ty, by koły­sać żni­wa, cepy ryt­micz­ną fine­zją wyłusz­cza­ły ziar­ni­stą praw­dę kło­sa, kie­rzan­ki czy­ni­ły cuda prze­mia­ny śmie­ta­ny w masło, dzie­że i misy prze­ista­cza­ły mąkę w cia­sto i chleb. Krze­sła wysie­dzia­ne z pnia­ka, pod­nie­sio­ne z kucek pięk­nie toczo­ny­mi noga­mi, pod­no­si­ły czo­ła odchy­lo­nym opar­ciem; sto­ły roz­le­głe, nakry­wa­ne jak łąki, żywi­ły gło­dy wiecz­nie zbli­ża­ją­cą się wonią garn­ców; sza­fy zdob­ne jak kościo­ły peł­ne gar­ni­tu­ro­wych orna­tów i kom­ża­stych koszul szły co chwi­lę na nie­dziel­ną mszę; poście­le kroch­ma­lo­ne i obru­sy na codzien­ne ołta­rze tło­czy­ły się na każ­de otwar­cie; łoże wyło­żo­ne sło­mą dla zapa­chu prze­ty­ka­ne sia­nem i sna­mi o łanach falu­ją­cych na wie­trze ujmo­wa­ło cia­ło w nagość; te wszyst­kie sprzę­ty łasi­ły się do ludzi i kocha­ły ich cichym tęt­nem drew­nia­nych serc. Tak to dzia­dzia odczu­wał, a ja byłem tego intym­nym świad­kiem.

Rze­czy w Ame­ry­ce odstą­pi­ły od sie­bie i ucie­kły od ludzi w wibra­cje pie­nią­dza skur­wio­ne­go na papier. Więc Win­cen­ty, gdy powró­cił, bło­go­sła­wił narzę­dzia i sprzę­ty, a te wygi­na­ły się pod jego ręką i drża­ły, nie tyl­ko mięk­kie i wygod­ne, takie były też w Nowym Jor­ku, ale odda­ne i w każ­dej chwi­li ocze­ku­ją­ce, cze­go nie było nigdzie indziej. Dzia­dzia był jak Jakub patrzą­cy z poli­to­wa­niem na pira­mi­dy z per­spek­ty­wy namio­tu z koziej skó­ry.

Zdję­cie gru­po­we poka­zu­je go w towa­rzy­stwie cór­ki i żony przed tą gli­nia­ną cha­tą 35 lat po powro­cie z Ame­ry­ki, kie­dy jedy­nym sprzę­tem dwu­dzie­sto­wiecz­nym w całej oko­li­cy był apa­rat foto­gra­ficz­ny, któ­rym się ktoś nie­udol­nie wła­śnie posłu­żył. Powró­cił, jak widzi­my, trzy­dzie­ści pięć lat temu, ale cią­gle trwa w tym powró­ce­niu. Jest przy­wró­co­ny swo­jej zagro­dzie, prze­nie­sio­ny przed chwi­lą trzy­dzie­stu pię­ciu lat w tę chwi­lę tu oto, jesz­cze w nowo­jor­skim ubra­niu, sur­du­cie, włócz­ko­wych spodniach i świet­nie uszy­tych butach, w któ­rych szli­fo­wał nowo­jor­skie bru­ki, w któ­rych cho­dził pół wie­ku po pia­skach Strzał­ko­wa i oko­lic, w któ­rych potem, dwa­na­ście lat póź­niej, zosta­nie pocho­wa­ny. Pług był nadal jed­no­ski­bo­wy na stop­ce i ja nim jesz­cze ora­łem. Win­cen­te­mu nigdy, ale to nigdy nie przy­szło do gło­wy, by kupić dwu­ski­bo­wy pług na kół­kach.

Przed­tem i potem i zawsze dzia­dzia już był w tym powró­ce­niu, w tym ubra­niu. Kie­dy się mył i golił, ubie­rał w sur­dut, to wła­śnie powra­cał. Kobie­ty ujmu­ją go w tym powró­ce­niu z obu boków. Bab­cia trzy­ma bukiet kwia­tów, któ­re wła­śnie im oboj­gu zebra­ła 35 lat temu na wiecz­nie powi­ta­nie w tej oto tu chwi­li. Jego cór­ka, ciot­ka Józe­fa, teraz ponad pięć­dzie­się­cio­let­nia kobie­ta, była pię­cio­let­nią dziew­czyn­ką, gdy wyje­chał, sie­dem­na­sto­let­nim pod­lot­kiem, gdy powró­cił. I we wszyst­kich tych chwi­lach była w tej sukien­ce, albo bar­dzo podob­nej, dziew­czę­cej, wypra­so­wa­nej na to tam­te powi­ta­nie z powro­tu i na to teraz przed apa­ra­tem powra­ca­ją­ce powi­ta­nie.

Ody­se­usz powró­cił i z tego powró­ce­nia już do śmier­ci nie wró­cił, trwał w tym powró­ce­niu, cho­ciaż potem, po śmier­ci żony i cór­ki, coraz mniej już nie było po co i do kogo wra­cać.

Otwar­te okno, któ­re­go szy­by roz­ma­zu­ją­ce impre­sjo­ni­stycz­nie obra­zy pamię­ta­ły Insu­rek­cję Kościusz­kow­ską. To jest to okie­necz­ko, stuk, stuk, panie­necz­ko. Za nim donicz­ki z kwia­ta­mi. Dużo tu kwia­tów, zauważ­cie, jak na gli­nia­ną cha­tę, któ­rej pobie­la­ne ścia­ny świe­ci­ły się z dale­ka. I ta nad­wyż­ka ubra­nia z Nowe­go Jor­ku, ale nie odgra­ni­cza­ją­ca się, tyl­ko akcen­tu­ją­ca powrót z dale­ka. Tam przez to otwar­te okien­ko ponad kwia­ta­mi wcho­dzi duch, nie przez drzwi, nie przez próg jak czło­wiek, jeno przez okien­ko cudem na ojczy­zny łono, gdzie sprzę­ty w czte­rech kątach i piec pią­ty. Dopie­ro gdy się roz­ko­ły­sze w koleb­ce fun­da­men­tów, wybie­ga znów przez okien­ko, ten duch z panie­necz­ką, koniom wody dać, gasić tęsk­no­tę do tych pagór­ków leśnych, do tych łąk zie­lo­nych i pól malo­wa­nych zbo­żem. W ten krąg zło­ty mitycz­nej pamię­ci, któ­ra krą­ży upo­jo­na szczę­śli­wym powtó­rze­niem i za każ­dym razem się wzru­sza.

Tak, zna­cie to wszy­scy, tak­że Ci urze­cze­ni ​„Trans­atlan­ty­kiem” Gom­bro­wi­cza, któ­rzy prze­świe­tli­li szy­der­stwem każ­dy naro­do­wy sen­ty­ment, bez­bron­ni są wobec łez, gdy nad­cho­dzi ten czas, o roku ów, zwa­ny w naszym kra­ju przez lud rokiem uro­dza­ju, wstaw­cie, jaki chce­cie pod to wzru­sze­nie ojczyź­nia­ne, bez­wstyd­ne, sen­ty­men­tal­ne i skraj­nie kiczo­wa­te, bez­względ­ne jak tor­tu­ra, upo­ka­rza­ją­ce jak odruch Paw­ło­wa. Kap, kap, pły­ną łzy. Za każ­dym razem. Nawet dzi­siaj, kie­dy sen­ty­ment został z wyżyn ​„Pana Tade­usza” strą­co­ny w szam­bo. Pły­ną łzy do szam­ba i je roz­rze­dza­ją. Szam­bo peł­ne łez mniej śmier­dzi.

Foto­gra­fie zna­le­zio­ne, jest nawet taki ter­min w lite­ra­tu­rze facho­wej. Zna­le­zio­ne jak wyło­wio­na butel­ka z rze­ki cza­su, ze wzbu­rzo­nej Pan­ta Rei. Poru­sza­ją krysz­ta­ły pamię­ci, głę­bo­kie i nie­pod­wa­żal­ne rozu­mem sen­ty­men­ty, zasa­dzo­ne na spi­ra­lach DNA. Foto­gra­fie te wydo­by­wa­ją głęb­sze obra­zy, nie sfo­to­gra­fo­wa­ne. Jest obraz Kazi­mie­rza Więc­kow­skie­go, kapi­ta­na pie­cho­ty, pra­dzia­da Win­cen­te­go, któ­ry po ogło­sze­niu dru­gie­go roz­bio­ru Pol­ski nie wyko­nał roz­ka­zu wyco­fa­nia z odda­wa­nych Pru­som ziem. 22 stycz­nia 1793 roku sta­wił opór w nad­gra­nicz­nej Kar­go­wej. Wła­ści­wie chciał mia­sto pru­skie­mu ofi­ce­ro­wi zgod­nie z roz­ka­zem prze­ka­zać, ale gdy ten nad­jeż­dżał na cze­le oddzia­łu na wiel­kim hano­we­rze, Kazi­mierz, zakło­po­ta­ny, obra­cał się bez­rad­nie tymi cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi rucha­mi Więc­kowsz­cza­ków, patrzył na swój oddział i na tych nad­jeż­dża­ją­cych Pru­sa­ków klasz­czą­cych kopy­ta­mi po bru­ku przed ratu­szem i nagle, sam się tego nie spo­dzie­wał, zła­pał wędzi­dła hano­we­ra, któ­ry się wspiął i zrzu­cił Pru­sa­ka, a Kazi­mierz zako­men­de­ro­wał do swo­ich: Ognia!

Andrzej Więc­kow­ski

www.photozona.pl

 

Wer­ni­saż wysta­wy: