Wy­stawa ga­le­rii PHOTOZONA Dol­no­ślą­skiego Cen­trum In­for­ma­cji Kul­tu­ral­nej OkiS
Skaza au­tor­stwa Agaty Very Schil­ler
Wer­ni­saż: 22 kwiet­nia 2016 r. (pią­tek), godz. 17:00

Ku­ra­tor wy­stawy: Agata Szuba
Ga­le­ria PHOTOZONA,
Dol­no­ślą­skie Cen­trum In­for­ma­cji Kul­tu­ral­nej OKiS
Rynek-Ratusz 24 / PARTER

Jakby

Nie tak, tylko jakby. Nie je­stem pe­wien, jak jest, więc wy­ra­żam przy­pusz­cze­nie, hi­po­tezę, i mó­wię, że coś jest jakby: nie zo­ba­czył tej le­cą­cej piłki, jakby go coś ośle­piło. Ale nie tylko wtedy uży­wam jakby. W in­nym przy­padku wiem, jak jest, ale nie mam na to okre­śle­nia, więc szu­kam i znaj­duję zbli­ża­jące po­rów­na­nie: ude­rzał, jakby gła­skał. Na przy­kład. Albo: biegł, jakby miał skrzy­dła. W grun­cie rze­czy oba przy­padki róż­nią się tylko wąt­pli­wym stop­niem pew­no­ści ob­ser­wa­tora. Nie zo­ba­czył, ude­rzał, biegł – w po­da­nych przy­kła­dach bu­dzą wpraw­dzie wąt­pli­wo­ści, ina­czej bo­wiem nie szu­ka­li­by­śmy po­rów­nań, ale nie gu­bią swo­jej toż­sa­mo­ści. Cho­dzi nam tylko o do­kład­niej­sze okre­śle­nie nie­zo­ba­cze­nia, ude­rza­nia, biegu.

Może być jed­nak tak, że nie je­ste­śmy pewni także pod­stawy po­rów­na­nia. A za­tem nie ma co po­rów­ny­wać – mógłby ktoś in­te­li­gent­nie skwi­to­wać taką sy­tu­ację. Ra­cja. Nie można prze­cież po­rów­ny­wać cze­goś nie­wia­do­mego z czymś in­nym: ten fa­cet, któ­rego ni­gdy nie wi­dzia­łem i o któ­rym nic nie sły­sza­łem, jest na­wet jakby wyż­szy i bar­dziej uro­czy od Brada Pita. Ta­kie zda­nie z lo­gicz­nego punktu wi­dze­nia nie ma oczy­wi­ście sensu, ale ko­biety zda­nia tego typu wy­po­wia­dają czę­sto. Nie trzy­mają się one lo­giki, ale cóż to za lo­gika? Jest to prze­cież tylko zwy­kła lo­gika zdro­wego roz­sądku, roz­strzy­ga­jąca je­dy­nie naj­prost­sze zda­rze­nia. Skąd­inąd wiemy, że na­wet zdrowy roz­są­dek (zwany ina­czej od dawna chłop­skim ro­zu­mem) na co dzień nie trzyma się ta­kiej zdro­wo­roz­sąd­ko­wej lo­giki. Na mar­gi­ne­sie za­uwa­ża­jąc, nie trzyma się żad­nej lo­giki, ale jest to inny te­mat o kom­plet­nym wa­riac­twie zdro­wego roz­sądku, który nie­stety tu­taj na ra­zie nie bę­dzie roz­wa­żany.

Cóż tedy mó­wić o roz­sądku in­te­li­genta, fi­zyka, albo – nie przy­mie­rza­jąc – ar­ty­sty. Obaj – i fi­zyk, i ar­ty­sta – nie są współ­cze­śnie ni­czego pewni. I jest to sy­tu­acja nie tylko roz­sądna, ale nad wy­raz per­ma­nentna. Fi­zyk swoją nie­pew­ność po­trafi wsze­lako pre­cy­zyj­nie okre­ślić for­mułą ma­te­ma­tyczną, co wpraw­dzie ab­so­lut­nie nie przy­daje mu pew­no­ści na te­mat świata, ale po­zo­sta­wia mu ochłap pew­no­ści ra­chunku. Ar­ty­sta na­to­miast musi się mę­czyć o su­chym py­sku braku sensu od nie­pew­no­ści świata po nie­pew­ność formy. I tak już – żeby od­dać du­cha na­szego dnia po­wsze­dniego – at mor­tem de­fe­ca­tum. Ar­ty­sta już nie mówi jakby, tylko jakby jakby. Taki jakby świat, w ta­kiej jakby for­mie. Taki ja­kiś jakby czło­wiek, który tak jakby mówi i do jakby wszyst­kiego do­daje jakby. Jakby ni­czego nie był jakby pe­wien. Na­wet nie­pew­no­ści. I prze­cież nie jest to pa­ro­dia, tylko rze­czy­wi­sty ję­zyk roz­mów o kul­tu­rze i sztuce.

Kie­dyś sztuka od­sy­łała nas do wyż­szych sen­sów po­nad stra­tos­ferą me­ta­fory. Szy­bo­wa­li­śmy aż do czerni nieba bez po­wie­trza. Opa­da­li­śmy bez tchu wy­czer­pani bez­mia­rem. Ro­zum nie ogar­niał nie­do­sięż­nych ho­ry­zon­tów, ale je pew­nie prze­czu­wał. Twardo stą­pał po ob­ło­kach zmien­nych na­stro­jów, nie­omyl­nie znaj­do­wał orlą perć in­ter­pre­ta­cji na ostrej grani wy­so­kich dzieł. Dzi­siaj nie wia­domo czy ktoś idzie i nie wia­domo, gdzie. Jakby ktoś jakby idzie jakby nie wia­domo do­kąd.

Nie za­wsze na­leży się od tej sy­tu­acji jakby jakby od­wra­cać z nie­sma­kiem. Za­pew­niam Was, że go­tów je­stem w każ­dej chwili wy­ru­szyć w po­dróż nie­koń­czą­cej się in­ter­pre­ta­cji bez ko­niecz­no­ści uchwy­ce­nia sensu. Bez jego poj­mo­wa­nego unie­ru­cho­mie­nia. Prze­ciw­nie: ma­rzę o za­nu­rze­niu się w sen­sie upły­wa­ją­cym, który nie da się za­trzy­mać, bo jest za­wsze in statu na­scendi i tylko tak i ni­gdy ina­czej.

Za­pew­niam Was, że w każ­dej chwili go­tów je­stem po­paść w awan­tur­ni­czość anar­chii, gdyż tego pły­ną­cego sensu nie da się na­wet za­cze­pić żad­nym bo­sa­kiem po­zy­tyw­nego po­zna­nia ro­zu­mo­wego, bo już choćby ję­zyk, w któ­rym Ro­zum pod­dany jest struk­tu­rze ję­zy­ko­wej np. cza­sów, try­bów itd., do­pi­suje się do niego „błę­dem” za­trzy­ma­nia wła­śnie – nie mó­wiąc już o szer­szych struk­tu­rach za­mra­ża­ją­cych, jak kon­cep­cje, teo­rie, czy kul­tury.

Za­pew­niam Was, że go­tów je­stem jak pi­rat od­rzu­cić bez wa­ha­nia przy­mus za­wi­ja­nia do portu in­ter­pre­ta­cyj­nego i wy­ła­do­wy­wa­nia frachtu sensu „uobec­nio­nego”, wy­do­by­tego, czy zdo­by­tego w trak­cie in­ter­pre­ta­cyj­nej po­dróży. In­te­re­suje mnie bar­dziej, awan­tur­nika, sens utra­cony, trwo­niony bez ra­cji, bo po­wzięte ra­cje sta­wiają tamę prze­pły­wowi; in­te­re­suje mnie, utra­cju­sza, sens trwo­niony, ale nie­ko­niecz­nie lek­ko­myśl­nie, poza cłami por­to­wymi usta­lo­nej ko­mu­ni­ka­cji, przy cał­ko­wi­tym od­rzu­ce­niu pew­no­ści wiel­kich ar­ma­to­rów se­mio­lo­gii, sens trwo­niony sa­mot­nie w czy­stym i bez­mier­nym oce­anie nie­skoń­czo­nego, roz­ko­ły­sa­nego pływu. Gdzie wszystko jest re­alne, bo wy­zwo­lone z usta­leń i wła­śnie jakby.

No i do­tar­li­śmy do tańca. Bo tu się jakby na tych zdję­ciach su­ge­ruje ta­niec nie tylko od­nie­sie­niami do De­gasa, jakby su­ge­ruje się ruch w jego jakby roz­wa­ża­niu: bo ruch musi być wła­śnie do­brze roz­wa­żony. Ta­niec po­wi­nien być roz­wa­żany w jego nie­waż­ko­ści. W tej jego nie­pew­no­ści, czy jest lo­tem, czy upa­da­niem. Bo to jest wła­śnie w tańcu nie­okre­ślone, w tej stre­fie jakby. To wła­śnie w tańcu po­dzi­wiamy, że niedź­wie­dzio­watą ocię­ża­łość ma­te­rii, jej słodką bez­wład­ność, o któ­rej prze­cież do­brze wiemy i ani na chwilę o niej lu­bież­nie nie za­po­mi­namy, za­mie­nia w lot, na­wet wtedy, gdy lot jest upa­da­niem, upad­kiem. Jakby lot, jakby upa­da­nie, czyli ta­niec.

O tańcu za­wsze się tak wła­śnie mó­wiło: że ta­niec jest piękny, gdy umysł traci swą zdol­ność kon­troli, że nie można o tańcu my­śleć, ta­niec trzeba tań­czyć, że ta­niec jest jak kwiat piękny bez celu, że swoje szczyty osiąga jako ta­niec w ciem­no­ściach. Nie­tz­sche chciał wie­rzyć tylko w ta­kiego boga, który po­trafi tań­czyć. Śre­dnio­wieczni mnisi wi­dy­wali jak gro­mady anio­łów tań­czyły na końcu szpilki. Oczy­wi­ście wszy­scy za­wsze wi­dzieli, że ta­niec jest spo­so­bem uno­sze­nia się w prze­strzeni, od­kry­wa­nia no­wych wy­mia­rów bez utraty kon­taktu z wła­snym cia­łem, po­dej­rze­wali także, że pod­czas tańca świat du­chowy i re­alny współ­ist­nieją bez kon­flik­tów, bo oto, po­pa­trz­cie, tan­ce­rze kla­syczni stają prze­cież na czub­kach pal­ców, żeby rów­no­cze­śnie do­ty­kać ziemi i się­gać nieba. Czyli jakby i na ziemi i w nie­bie. Ta­niec jest jakby w wy­jąt­kowy spo­sób. Jego on­to­lo­giczna mgli­stość jest szcze­gól­nie wy­raźna.

Ta­niec jest sztuką, po­nie­waż ma za­sady, a jed­no­cze­śnie jego kon­sty­tu­tywną ce­chą jest brak świa­do­mo­ści. Jak to pró­bo­wał wy­ja­śnić He­in­rich von Kle­ist naj­pięk­niej tań­czyć po­trafi ma­rio­netka, a czło­wiek jest w po­rów­na­niu z nią wy­soce nie­po­radny. Gra­cja ru­chów ma­rio­netki bie­rze się stąd, że pod­le­gają one woli i świa­do­mo­ści czło­wieka, a on wskrze­sza je do po­zor­nego ży­cia tylko w imię wła­snych po­trzeb, więc piękno ich tańca po­lega na nie­świa­do­mo­ści wła­snego ist­nie­nia. Ta nie­świa­do­mość jest jego źró­dłem.

Ba­let­mi­strz z Kle­ista do­szedł do prze­ko­na­nia, że z ma­rio­ne­tek można usu­nąć i to ostat­nie roz­dar­cie du­cha w po­staci lal­ka­rza i że ich ta­niec można ode­grać z wielką ko­rzy­ścią dla piękna cał­ko­wi­cie w kra­inie me­cha­nicz­nych sił za po­mocą korby. Je­żeli przy­po­mnimy so­bie, że Freud uczy­nił z cech au­to­matu w czło­wieku pod­sta­wowy ele­ment es­te­tyki ne­ga­tyw­nej, je­żeli też pa­mię­tamy, że Edward Craig uwa­żał, iż lalka jest sym­bo­lem bó­stwa w czło­wieku, i – co za tym idzie – ak­tor jest ko­pią lalki, a nie od­wrot­nie… to mamy się nad czym za­sta­no­wić. Pa­trząc jakby na te zdję­cia jakby su­ge­ru­jące ta­niec. Ta­niec jako ruch jakby po­mię­dzy zie­mią a nie­bem.

Andrzej Więc­kow­ski

Pa­tro­nat me­dialny nad Ga­le­rią Pho­to­Zona ob­jęło Pi­smo Ar­ty­styczne For­mat, made-in-photo.com, Tuwroclaw.com, Kulturaonline.pl, Qu­art Kwar­tal­nik In­sty­tutu Hi­sto­rii Sztuki Uni­wer­sy­tetu Wro­cław­skiego, Por­tal Kulturaisztuka.pl.